Nie bójmy się silnego państwa

 

Polska stoi przed wyzwaniami, które wymagają przedstawienia i realizacji nowej wizji państwa. Tylko państwo silne i nowoczesne gwarantuje, że stawimy czoła nowym wyzwaniom i wykorzystamy szanse, jakie niosą ze sobą integracja europejska i globalizacja.

Postępująca globalizacja i wejście Polski do Unii Europejskiej tym bardziej czynią aktualnym postulat silnego państwa. Albo uda nam się zreformować państwo, albo będziemy wlec się w ogonie UE.

Czerpiąc z doświadczeń pokoleń, które walczyły o niepodległą Polskę, a jednocześnie formułując koncepcje wybiegające w przyszłość, właśnie dziś mamy nie-powtarzalną szansę i obowiązek zbudowania silnej Rzeczypospolitej. Takiej, która spełni nasze oczekiwania i z której wszyscy będziemy dumni.

Światowy kryzys gospodarczy dobitnie potwierdza, że silne państwo jest nam wszystkim niezbędne. Na naszych oczach upada mit o nieuchronności zaniku państwa. Nawet dla krajów owego „liberalnego” Zachodu to właśnie instytucja państwa okazuje się ostatnią deską ratunku. Wcale nie niszczy rynku, ale go chroni!

Tymczasem dominująca w dzisiejszej Polsce część elit nie dostrzega (być może nie chce dostrzec) pilnej potrzeby debaty o naszym państwie. Wydawać by się mogło, że zdefiniowanie wizji nowoczesnego i radzącego sobie z wyzwaniami współczesności państwa jest dla nich zupełnie zbędne. Być może wynika to z prze konania, że „historia się skończyła”, że nie ma już żadnych problemów do rozwiązania. A być może z niechęci do ponoszenia odpowiedzialności za realizację śmiałych, lecz czasem trudnych projektów, czyli – z braku odwagi. Wiąże się to często z awersją do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka politycznego. O ile bezpieczniejsze i wygodniejsze jest uprawianie polityki bez refleksji nad prawdziwymi problemami, swoiste dryfowanie, a nie sterowanie „okrętem państwa”.

Zapewne jest to jeden z powodów modnego obecnie dystansu, a czasem wręcz niechęci do pojmowanej tradycyjnie instytucji państwa. Państwo stało się wygodnym „chłopcem do bicia”. Przysłuchując się dyskursowi publicznemu, można czasem odnieść wrażenie, że to państwo odpowiada – pośrednio czy bezpośrednio niemal za wszelkie zło w Polsce. Efekt? Coraz powszechniejsze niedostrzeganie potrzeby istnienia wielu instytucji publicznych, a w skrajnym przypadku nawet samego państwa. Postrzegane jest ono bowiem jako twór nieprzyjazny zwykłemu obywatelowi, ograniczający jego swobodę działania, krępujący przedsiębiorczość. Lista „grzechów” instytucji państwa sporządzona przez jej przeciwników jest długa i niestety głęboko zakorzeniona w świadomości społecznej.

W Polsce, podobnie jak w innych krajach postkomunistycznych, nienajlepszy image państwa to w dużej mierze spuścizna po poprzedniej epoce. Tyle, że twór ówczesny mało miał wspólnego z normalnym państwem. Jednak skojarzenia i dystans pozostały. Pozostały też zadziwiające hybrydy. W efekcie wiele podejmowanych na początku lat 90. reform nie zawsze spełniało pokładane w nich nadzieje – m.in. z powodu braku silnych i sprawnych instytucji, których znaczenie w okresie przemian wyraźnie lekceważono. Paradoksalnie jednak winą za negatywne skutki reform obciążono właśnie... państwo.

Niechęć, a czasami wręcz wrogość do państwa podsycają swoimi działaniami ruchy wyrosłe z tradycji rewolty ’68, np. wojujący pacyfiści. Dążą do delegitymizacji władzy państwa, zwłaszcza, jeśli nie jest ono skłonne ulegać ich naciskom. Nieprzypadkowo wielu członków elit, którzy opowiadają się za osłabianiem instytucji państwa, czerpie pełnymi garściami z tradycji wydarzeń 1968 roku na Zachodzie. Krytyce instytucji państwa towarzyszą usilne próby przekonania społeczeństwa o nieuchronności istotnego osłabienia, a w przyszłości nawet likwidacji państw narodowych.

Popularna stała się teza, że państwo słabnie i rozmywa się w strukturach międzynarodowych, ponadnarodowych korporacjach, powiązaniach sieciowych itd. Interpretacja jest więc taka, że państwo to już przeżytek, odchodzący z wolna do lamusa.

To spojrzenie na instytucję państwa sprzyja głoszeniu pomysłów na rządzenie, które sprowadzają się do hasła: „odbierzmy władzę państwu, oddajmy ją ludziom”. Na pozór brzmi kusząco, czy jednak sensownie? Próby instytucjonalnego wzmocnienia państwa traktuje się jako przejaw dążenia do autorytaryzmu. Bardzo często i bezzasadnie przeciwstawia się temu niesprecyzowaną do końca koncepcję „taniego państwa” . Stawia się znak równości między silnym państwem a bizantyjską formą rządów.

Popularne wśród dominujących obecnie elit hasła decentralizacji i cedowania uprawnień państwa niosą ze sobą poważne zagrożenia, których entuzjaści „prywatyzowania” państwa nie chcą dostrzegać. I czynią to albo z politycznego lenistwa, albo mają w tym określone cele. Zasada subsydiarności (decyzje powinny zapadać na szczeblu nie wyższym, niż konieczny do rzetelnego i sprawnego wypełnienia danej funkcji) jest owszem zdrowa, ale nie może być utożsamiana z zasadą decentralizacji totalnej. Nie może też być wyrażana w programowym zderzeniu administracji samorządowej z rządową ani w retoryce antypaństwowej.

Czy typowe, zwłaszcza dla pierwszych lat przemian, pozbywanie się znacznej części odpowiedzialności za bezpieczeństwo i mienie obywateli drogą rozdawania koncesji licznym prywatnym firmom ochroniarskim wynikało z siły państwa? Z pewnością nie. Czy pomogło budować społeczeństwo obywatelskie? Zdecydowanie nie. Dla niektórych polityków takie procesy są jednak pożądane, bo zmniejszają zakres ich odpowiedzialności. Rozmywa się odpowiedzialność za państwo. Słabe państwo ułatwia podejmowanie decyzji takich, gdzie interesy partykularne przeważają nad interesem publicznym. Zanik poczucia dobra wspólnego jest groźny. Utrwala bowiem przekonanie, że liczy się niewiele poza grą partykularnych interesów. Państwo zaś to jedynie forma jakiegoś „socjalnego gorsetu” dla niezaradnych. Charakterystyczne w tym kontekście jest niepoważne podejście do wojska i sprawy jego profesjonalizacji. A wojsko jest przecież wręcz symbolicznym czynnikiem integrującym.

Ostatnie lata pokazują, jak nietrafna i szkodliwa to opinia. Postępująca globalizacja i wejście Polski do Unii Europejskiej tym bardziej czynią aktualnym postulat silnego państwa. Albo uda nam się zreformować państwo, albo będziemy wlec się w ogonie UE. Nie przypadkiem nadające ton Wspólnocie Niemcy czy Francja to kraje z silnym modelem państwowym, co ważne, cieszącym się powszechnym szacunkiem obywateli. To Unia, w Europejskiej Strategii Bezpieczeństwa, jako jedno z głównych zagrożeń wymienia upadek państwa („Rozpad państwa jest zjawiskiem alarmującym, osłabiającym globalne rządy oraz powodującym niestabilność w regionie”). Co zaś niszczy państwo? Złe rządzenie, czyli korupcja, nadużycia władzy, słabe instytucje i brak odpowiedzialności oraz konflikty cywilne. Uniknąć tego może tylko silne i sprawne państwo.

Nawet guru liberałów Milton Friedman u schyłku życia przyznał, że wolny rynek nie może funkcjonować poza suwerennym państwem prawa, że równie ważne jak prywatyzacja są stabilne instytucje i ochrona własności (może ją zapewnić tylko silne państwo). Na początku lat 90. ubiegłego stulecia Friedman radził krajom odchodzącym od socjalizmu trzy rzeczy: „prywatyzować, prywatyzować, prywatyzować”. W 2001 roku przyznał: „Myliłem się jednak. Okazuje się, że rządy prawa są ważniejsze od prywatyzacji”.

Pytanie o silne państwo jest problemem nie tylko polskim, ale globalnym. Okazało się bowiem, że historia się nie skończyła, a państwo nie jest wcale przeżytkiem. Zdaniem amerykańskiego politologa Francisa Fukuyamy, po 2001 roku to właśnie słabość państw jest największym zagrożeniem dla globalnego ładu. „Dla konkretnych społeczeństw, jak też dla wspólnoty globalnej, obumieranie państwa nie jest preludium do utopii, lecz do katastrofy” – wieszczy w książce Budowanie państwa. Lukę po cofającym się suwerennym państwie narodowym wypełniają ponadnarodowe korporacje, organizacje, grupy, struktury o charakterze przestępczym, a w skrajnych przypadkach nawet terrorystyczne. Dlatego głównym celem polityki globalnej nie jest już kwestia ograniczania państwowości, ale jej budowy (Fukuyama: „Sztuka budowania państwa będzie kluczowym komponentem siły narodowej, równie ważnym dla zachowania ładu światowego, jak zdolność do alokacji tradycyjnej siły militarnej”). Słabe państwo jest czynnikiem destabilizującym, gdyż słaba władza podkopuje zasadę suwerenności, na której od kilku stuleci opiera się system ładu międzynarodowego.

Pismo BBN „Obserwator” nr 1/2008

 
Strona poświęcona pamięci Władysława Stasiaka
wladyslawstasiakpl@gmail.com
Copyright 2018